Wspomnienia wojenne - Władysław Skonieczny

Autor: Andrzej Szutowicz | 2009-01-05 |

Dzieciństwo


Urodziłem się wiosną 1927 roku w
Dąbiu Kujawskim w pow. włocławskim, jako drugie dziecko Anieli i Władysława Skoniecznych. Mieszkaliśmy w miejscowości Borucin. Z czasem, dzięki przychylności stwórcy miałem siedmioro rodzeństwa: czterech braci i trzy siostry. Tata był z zawodu murarzem, ale aby nas wszystkich wyżywić imał się wszystkich prac; był również dekarzem i zdunem. Tak naprawdę to potrafił zrobić wszystko. Mama nigdzie nie pracowała i zajmowała się naszym wychowaniem. Była straszna bieda. Do garnka nie było co włożyć, więc zdarzało się, że często chodziliśmy głodni. Były to ciężkie czasy, ale nie narzekaliśmy. Pomimo biedy wszyscy trzymaliśmy się razem. Zdążyłem ukończyć cztery klasy szkoły podstawowej, do której uczęszczałem w Borucinie. Uczyłem się nieźle. Pamiętam, że w te ostatnie wakacje w 1939 roku była bardzo piękna pogoda. Miały się one okazać moimi ostatnimi wakacjami w życiu. Nadchodzące wydarzenia miały sprawić, że moje dzieciństwo zostało nagle przerwane.


Wojna

1 września 1939 roku na Polskę napadli Niemcy. Wiadomość o wojnie przekazał nam tata. Jako 12 letni chłopiec nie bardzo zdawałem sobie sprawę co to wojna i co ona oznacza dla mnie i mojej rodziny. Chyba 2. lub 3. września pojawiło się u nas we wsi Wojsko Polskie i kazało nam uciekać. Mówili, że będą się u nas w okolicy bić. Dali nam furmanki z końmi. Na każdą furmankę wchodziły dwie rodziny. Zabraliśmy trochę jedzenia i rzeczy osobistych i zaczęliśmy uciekać w kierunku Warszawy. Jechaliśmy polami i lasami staraliśmy się unikać głównych dróg, gdyż rodzice intuicyjnie wiedzieli, że tam jest niebezpiecznie (o ostrzeliwaniu uciekającej ludności cywilnej przez samoloty Luftwaffe dowiedziałem się później).
Niemcy dogonili nas pod Kutnem, w jednym z majątków (nazwy niestety już nie pamiętam). Zdziwiłem się, ponieważ przez Niemców zostaliśmy potraktowani dobrze. Jeden z nich powiedział do nas, że jeżeli nie mamy broni, to nie mamy czego się obawiać. Był to oficer w mundurze, w młodym wieku; biegle władał językiem polskim, więc mnie to bardzo dziwiło. Częstował wszystkich papierosami, rozmawiał z nami i kazał wracać do domu, bo wojna się szybko skończy. Wiedział, że jesteśmy głodni, więc kazał nam iść do niemieckiej kuchni polowej po zupę. Głodni byliśmy strasznie i nie trzeba było nam dwa razy powtarzać. Wspólnie z siostrą wzięliśmy wiaderko i pełni obaw udaliśmy się po zupę. Niemiec napełnił nam wiaderko do połowy, my grzecznie podziękowaliśmy i wróciliśmy szczęśliwi do rodziny. Zupą okazał się kapuśniak. Dzięki niej i przyjaznemu Niemcowi poczuliśmy się nareszcie syci. Smaku kapuśniaka nie zapomniałem do dzisiaj. Noc spędziliśmy w majątku. Rano zjedliśmy resztę zupy i udaliśmy się w powrotną drogę.
Pod Kutnem widziałem pobojowisko po
bitwie. Widziałem na polu leżących martwych niemieckich żołnierzy. Ciała rzucano na ciężarówki. Ojciec nie kazał nam na to patrzeć. Jako młody chłopiec byłem ciekawy wszystkiego i kątem oka patrzyłem na wszystko, chciałem iść zobaczyć pobojowisko z bliska. Tata spojrzał się na mnie srogo i powiedział "nigdzie się nie wybieraj, to zrobili nasi". Bał się o mnie. W duchu byłem dumny z tego co zrobili nasi i pomyślałem "a po co było na nas napadać?".

Niewolnicza praca

W 1941 roku przyszedł po nas niemiecki nadzorca o nazwisku Mainas. Oprócz nas zabrał jeszcze do pracy trzy rodziny z mojej miejscowości. Odtąd mieliśmy pracować dla Niemców w majątku obok, w miejscowości Borucin. Z tego co pamiętam, to w Mainasie płynęła polska krew i przed wojną służył w Wojsku Polskim. W jaki sposób stał się on nagle Niemcem, tego po prostu nie wiem. Jeździł on często na czarnym koniu w czarnym mundurze, na lewej ręce miał swastykę a na plecach karabin. Pomimo groźnego wyglądu z robotnikami obchodził się łagodnie i był dla wszystkich życzliwy. Pamiętam, że raz zdzielił mnie po plecach kijem za źle wykonaną pracę. Nie miałem do niego żadnej urazy, bo mi się należało. Mainas miał zastępcę, był nim Polak (nazwiska nie pamiętam), który nas cały czas nadzorował.
Dzień rozpoczynał się zbiórką o 6. lub 7. rano na dziedzińcu majątku. Sprawdzano obecność i przydzielano pracę. Podzieleni byliśmy na trzy grupy: kobiety, dzieci i starsi. Ja należałem do drugiej grupy, więc otrzymywaliśmy lżejsze prace. Jednak pracowaliśmy praktycznie od świtu do zmroku, z godzinną przerwą na obiad. Głównie wykonywaliśmy prace polowe; często hakałem kukurydzę. Zimą młóciliśmy zboże w stodole, które latem było koszone i składowane na polach w stogi. Przykrywano je z góry słomą, aby zboże nie było poddane bezpośrednio warunkom atmosferycznym.
Jedynie co nam brakowało to jedzenia, często byłem bardzo głodny. Mieliśmy kartki żywnościowe. Kupowaliśmy sobie jedzenie, ale kartki ledwo starczały nam do piętnastego. Jakoś musieliśmy dawać sobie radę. Mama kupowała żyto, które moczyła w wodzie a następnie mieliła je w maszynce do mięsa. Do mielonego żyta dodawała gotowanych kartofli oraz mąki. Z takiej masy piekła chleb, który długo nie czerstwiał.
Raz na dwa lata otrzymywaliśmy kartki na buty. Niestety zelówki wykonane były z dziwnej gumy, która zimą źle izolowała ciepło. Było w nich strasznie zimno. Tata mój jednak robił nam drewniaki, więc nigdy nie chodziliśmy boso. Były niewygodne, ale w nogi było nam ciepło.

Obok Borucina mieszkał Polak, który miał na nazwisko Płuciennik. Miał on żonę i troje dzieci. Znałem go; z jego córką przed wojną chodziłem do szkoły. Płuciennik pracował w firmie zajmującej się melioracją. Nieszczęśnik zachorował i nie zgłosił się do pracy. Przez to, za odmowę pracy, został na następny dzień aresztowany przez gestapo. Oczywiście na gestapo doniósł na niego niemiecki właściciel firmy. Po dwóch tygodniach ci, którzy mieli stać na straży cywilizacji (hitlerowcy) przysłali żonie puszkę z popiołem męża. W ten sposób chcieli nas wszystkich zastraszyć. Na następny dzień w Borucinie odbył się apel, na którym zjawili się wszyscy Polacy. Staliśmy w dwuszeregu i czekaliśmy na jaśnie wielmożną "rasę panów". Przyjechało dwóch gestapowców, którzy przez tłumacza poinformowali nas, że jeżeli nie będziemy pracować to czeka nas los Płuciennika. Żywi, martwi lub półmartwi mamy pracować i już. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Po takiej wizycie chciało nam się wszystkim pracować.
Niespodzianie zimą 1944/45 tata mój wywiózł Mainasa z rodziną furmanką pod Włocławek, gdzie farbowany Niemiec ewakuował się. Nie przypominam sobie, abym widział swastykę na lewym ramieniu; być może zgubił ją usłyszawszy, że zbliżają się Rosjanie.

Wyzwolenie?

Pod koniec stycznia 1945 roku widziałem armię Żukowa. Przechodzili koło naszego domu. Wyglądali strasznie; ubrania brudne, karabiny na sznurkach. Było wtedy zimno. Straszny mróz. Pamiętam szczególnie jednego żołnierza radzieckiego, gdyż był w moim wieku. Na plecach miał karabin, który był większy od niego. Przyszedł do nas zmarznięty, aż z zimna płakał. Matka ogrzała mu ręce. Był za to bardzo wdzięczny. Żołnierze szli drogą a koło nich, na koniach jechało chyba NKWD. U nas w mieszkaniu stacjonował sztab radziecki. Pamiętam rozłożone mapy na stołach. Ruscy rozmawiali o Berlinie. Jeszcze dzisiaj pamiętam, że do stolicy Niemiec mieli jakieś 550 km. Na drugi dzień zobaczyłem Żukowa; od razu było widać, że to ktoś. Postawny był, żołnierz z krwi i kości. Był w długim płaszczu; właśnie wchodził na czołg radziecki; to nie był T-34. Czołg był o wiele większy, dzisiaj podejrzewam, że to był czołg KW1 lub KW2. Potem tata mówił mi, że Żukow miał u nas spać. Rosjanie jak szybko się pojawili, tak szybko zniknęli. Raczej pozostawili na mnie dobre wspomnienie, choć z nich były straszne obdartusy.

Ku Ziemiom Odzyskanym

Moi rodzice podjęli decyzje o wyjeździe na Ziemie Odzyskane, na które potocznie mówiliśmy "dziki zachód". Stało się to dzięki propagandzie komunistycznej. Do dzisiaj pamiętam plakaty, które wszędzie wisiały. Namawiały wszystkich do wyjazdu na zachód, gdzie miały być ziemie mlekiem i miodem płynące. Rodzice moi chcieli spróbować pracy na roli, a skoro ziemia na "dzikim zachodzie" za darmo była - na wyciągnięcie ręki - postanowili spróbować szczęścia. Wiedzieli, że tu w Borucinie dalej będziemy klepać biedę, więc dlaczego nie spróbować? Jako pierwsi ku Ziemiom Odzyskanym, w sierpniu 1945 r pojechał mój tata, Kazimierz Ignaczak i syn jego Marian, Jan Kubicki i Władysław Rutkowski. Przyszli pionierzy znaleźli się w malowniczej miejscowości po niemiecku nazwanej Gross Ehrenberg (Przekolno), Terra Bernstein (Pełczyce) w Kreis Soldin (Myślibórz). Każdy z nich wybrał sobie gospodarstwo i wrócił po swoje rodziny. Na miejscu został Ignaczak, który miał przypilnować przyszłego naszego dobytku. Przypilnował, i to jak!!! Pamiętam jak tata przyjechał po nas; był chyba szczęśliwy, mówił, że wybrał dobre gospodarstwo. Po tygodniu spakowaliśmy się; rodzice w między czasie załatwili wszelkie formalności związane w wyjazdem na nowe ziemie. Furmankami jechaliśmy na stacje kolejową. Nie pamiętam dzisiaj jak ta stacja się nazywała. Jechała nasza rodzina, Budnych, Ignaczaków, Rutkowskich, Kubickich, Ciepłowskich, którzy później osiedlili się w Bolewicach. Załadowali nas wszystkich do bydlęcych wagonów. Jeden z wagonów nie miał dachu, więc wszyscy mężczyźni znaleźli się w nim. Ja oczywiście też tam byłem. W drugim wagonie krytym były kobiety i dzieci. Było wtedy ciepło, więc krzywdy nie mieliśmy, za to do woli mogliśmy oglądać w nocy gwiaździste niebo. Wyruszyliśmy ku nieznanej krainie, w pełni obaw o przyszłe jutro. Jechaliśmy jak w tym filmie "Sami swoi". Jechaliśmy przez Bydgoszcz, Piłę i Krzyż. Po drodze czekały nas dłuższe przystanki, gdyż transporty wojskowe miały pierwszeństwo. Na jednym z przystanków, z Ruskimi musieliśmy wytargować parowóz. W żaden sposób Rosjanina nie można było namówić, aby podstawił nam pociąg. Przekupiliśmy go bańką spirytusu, bo wtedy był to najważniejszy środek płatniczy. Maszynista też musiał dostać swoją dolę, bo na trzeźwo nie chał z nami jechać. Koło nas przejeżdżały transporty pełne maszyn z fabryk i innego żelastwa. To Rosjanie z Ziem Odzyskanych wieźli swoje łupy wojenne zostawiając nam Polakom puste fabryki. Wiedzieli, że na podstawie ustaleń Jałtańskich to należy do nas, a i tak nam zabrali wszystko co cenniejsze.
Pamiętam szczególnie postój w Krzyżu. Widziałem jak kładką nad torami przechodzi niemiecka kobieta. Trzymała w ręku walizkę. Ona miała około 30 lat. W pewnym momencie podbiegł do niej rosyjski żołnierz, który siłą wyrwał jej walizkę. Musiała mieć coś cennego w tej walizce, ponieważ skoczyła z kładki na tory kolejowe. Biedaczka zginała na miejscu. uderzyła głową w szynę. Chłopaki pochowali ją na skarpie nieopodal kładki. Do dzisiaj, gdy przejeżdżam pociągiem koło tego miejsca przed oczyma widzę to straszne zdarzenie i skarpę, na której została pochowana nieszczęsna Niemka. Tak jakby to było wczoraj. Wojna się już skończyła i nikomu śmierć ta nie była potrzebna.

W nowej ojczyźnie!

Po południu dotarliśmy wreszcie do stacji Rębusz. Przyjechały po nas trzy furmanki. "Kierowcami" furmanek byli Gul i Baranowski z Klaine Ehrenberg (Trynno) i Szarmach z Przekolna. Wszyscy musieliśmy zmieścić się na wozach. Część z nas drogę z Rębusza do Przekolna przemierzyła pieszo. Ja byłem w tej grupie. Było to dla nas bardzo męczące. Na pieszo szliśmy ponad 20 kilometrów. Wieczorem byliśmy w Przekolnie. Tata pokazał nam nasz nowy dom. Był to budynek, w której mieściła się niemiecka poczta. Od razu zauważył w mieszkaniu brak pewnych rzeczy. Trudno, Ignaczak nie zdołał upilnować... Po przespanej nocy miałem wreszcie okazję zapoznać się z mieszkaniem. Zauważyłem, że na poczcie znajdują się jeszcze wszystkie urządzenia; były jeszcze listy, łącznica telefoniczna. Bardzo mi się to podobało. Musiałem mieszkać po byłym funkcjonariuszu SA, ponieważ w ogrodzie wykopałem jego brązowy mundur. Zabrałem się jeszcze do szukania pistoletu, niestety nie znalazłem go. Za piecem w mieszkaniu znalazłem natomiast portret Hermanna Göringa. Po dwóch lub trzech dniach po osiedleniu się, z tatą zabraliśmy się do koszenia zboża po Niemcach, które zostało na polach. Kosiliśmy kosami, głównie pszenicę.
W Przekolnie mieszkało kilka rodzin niemieckich. Było ich więcej jak naszych. Zachowywali się raczej spokojnie, młodzież śpiewała piosenki. Oczywiście w stosunku do nas byli podejrzliwi i nieufni. My w stosunku do nich byliśmy tacy sami. Zresztą czemu tu się dziwić - przecież zajmowaliśmy ich domy i ziemię, ale nie była to nasza wina. Plotki rozchodziły się wszędzie. Jedna z nich mówiła o bandach niemieckich, które były w lasach i czekały na wymordowanie Polaków - tzw.
Werwolf. Postanowiliśmy się dozbroić i bronić się przed rzekomymi bandami. O broń w tamtych czasach nie było trudno. Ja miałem karabin niemiecki, który z dumą w nocy nosiłem i pilnowałem Przekolna. Oczywiście nie sam. Na szczęście dla nas wszystkich nikt nas nie napadł.
W majątku była gorzelnia, którą oczywiście pilnowali Rosjanie, gdyż był tam spirytus. Było ich chyba sześciu. Jeden stał na warcie a reszta piła. Byli to obdartusy i straszne pijaki. Wiem co mówię, bo to co wyprawiali widziałem na własne oczy. Gdy byli pijani, a byli praktycznie codziennie, to dla zabawy strzelali z broni na wiwat a często aby nas wystraszyć - nad naszymi głowami. Nad moją też strzelali. Podejrzewaliśmy, że przeciwko nam Rosjan buntowały Niemki, które oni bardzo chętnie odwiedzali. Jedna nawet to miała z tego bardzo dobrą zabawę jak Rosjanin strzelał nam nad głowami, przez okno cieszyła się. Pomyślałem, że na nich też przyjdzie pora. Trochę mnie to bolało, bo my przecież z Rosjanami to niby razem walczyliśmy, a oni nagle woleli Niemców. Było to widać na każdym kroku - my byliśmy tymi gorszymi.

Chciałem trochę pomóc rodzicom - wybrałem się na "spacer" po Przekolnie. Zwiedzanie rozpocząłem od szklarni z kwiatami, która znajdowała się w majątku. Chciałem zabrać ze sobą trochę doniczek z kwiatami. Nagle głośno zaczęła krzyczeć Niemka. Krzyczała tak głośno, że Rosjanin, który pilnował gorzelni pomyślał, że to napad. Zaczął strzelać, ja uciekłem do stodoły, w której się schowałem. Rusek nie dawał za wygraną szukał mnie wszędzie. Na moje szczęście nie znalazł mnie. Nieźle się wtedy najadłem strachu. Mógł mnie zastrzelić, a wiadomo co mu do głowy przyjdzie, jak to cały czas zamroczone było alkoholem.
W tej stodole był rzepak, z którego domowymi sposobami zaczęliśmy wyrabiać olej. Robiliśmy go w kuźni. W jaki sposób należy wyrabiać olej pokazał nam kowal - Polak; nazwiska już nie pamiętam. Oleju mieliśmy pod dostatkiem. Postanowiłem trochę na nim zarobić. Pieniędzy wtedy nie było; olej traktowałem jako towar wymienny. Rowerem jeździłem do Barlinka i do Rakowa, gdzie wymieniałem się na różne towary. Drogi były wszędzie brukowane, przeważnie koło nich rosły drzewa owocowe. Za Przekolnem a przed Bolewicami, na polu widziałem wbity w ziemię na polu silnik samolotowy, z którego jak uszy sterczały pogięte śmigła. Nieopodal znajdowała się część korpusu samolotu. Jaki był to samolot przez długi czas nie wiedziałem, aż do 2007 roku, kiedy to miałem okazję przeczytać, że to
P-39 Airacobra - samolot amerykański.
W połowie drogi do Bolewic na polu stał rozbity rosyjski czołg, chyba
T-34. Przed Bolewicami działo niemieckie i umocnienia. Polegli Rosjanie, w tym czołgiści, zostali pochowani na posesji przy pierwszym budynku; później była tam szkoła. Rosjan później ekshumowano. Widziałem to. Wydaje mi się, że było to w 1950 r. Na końcu wsi, koło krzyża była spalona stodoła przez Rosjan. Dalej pomiędzy Bolewicami a Pełczycami w drodze znajdowały się leje po bombach lotniczych. Wjeżdżając do Pełczyc po prawej stronie stał spalony budynek (obecnie ul. Ogrodowa). Pomimo spalenia budynek wyglądał okazale; był piękny i namawiałem tatę aby go zasiedlić i odbudować. Niestety tata się nie zgodził. Budynek później rozebrano, a cegła pojechała na odbudowę Warszawy. Wyjeżdżając z Pełczyc - obecnie koło stadionu - też stał czołg radziecki; wydaje mi się, że w tym miejscy Ruscy naprawiali swój ciężki sprzęt. Dwa lub trzy razy byłem z olejem w Rakowie, aby wymienić się z miejscowymi na spirytus. Przed Rakowem, w Słonicach na bocznicy wywrócony był wagon pancerny. Znajdowały się w nim otwory strzelnicze. Został on usunięty 1946 roku.

Jazda rowerem po okolicznych miejscowościach była moją pasją. Kiedy tylko miałem czas jeździłem gdzie popadło, bez mapy. Dojeżdżałem do Choszczna, Pyrzyc, Barlinka, Myśliborza. Wszędzie widziałem zniszczenia. Najbardziej zniszczone było Choszczno i Pyrzyce. Dziś, gdy widzę odbudowane miejscowości, nie mogę ich poznać. To co wtedy widziałem było straszne. Stały wszędzie kikuty spalonych domów, rozbity sprzęt wojskowy.

Niemcy, którzy pozostali w Przekolnie byli nam całkiem obojętni. Pozostała raczej biedota; ci bogatsi i członkowie NSDAP to raczej uciekli. Wiedzieli co ich czeka. Niemcy strasznie narzekali na Hitlera. (Ciekawe czy w taki sam sposób narzekali na niego w 1939-41 roku, kiedy to podbijał całą Europę a potem podarował im niewolników). Strasznie bali się Rosjan. Oczywiście z wiadomych względów nie bały ich się młode Niemki. Dwa razy w tygodniu w Przekolnie była zabawa. Uczestniczyli w niej mieszkańcy Przekolna, Granowa, Będargowa. Na akordeonie przygrywał nam Mieczysław Ostrowski a jego żona grała na bębenku. Na zabawy przychodziły niemieckie dziewczęta; my nawet się z nimi zaprzyjaźniliśmy, bawiliśmy się z nimi. Były w naszym wieku. Często śpiewały niemieckie piosenki. Zabawy odbywały się również w Pełczycach na sali. Sala stała koło spichlerza (obecnie kompleks sklepów) . Chyba spaliła się w 1946 r. Mówiono, że ją ktoś podpalił, że to robota Niemców. Jak było naprawdę tego nie wiem.

W 1946 roku przyjechali do Przekolna inni osadnicy. Byli tak jak my na początku, wystraszeni, nie wiedzieli co ich tu czeka. My dla zabawy sprzedawaliśmy im ziemię, tj. 10 ha za pół litra alkoholu. Wódkę oczywiście piliśmy razem i tak się poznawaliśmy. Z czasem wszyscy żyliśmy jak jedna wielka rodzina, nie było między nami nienawiści.
Bywałem również w Pełczycach. Często odwiedzałem milicjantów na posterunku. Zapamiętałem ich szefa, który nie miał jednej ręki. Ponoć był przedwojennym oficerem, zresztą było to widać. Wszyscy milicjanci słuchali się go. Jeździli na niemieckich motocyklach. Często polowali na zwierzynę, żeby było co jeść. Ja też nieraz dostawałem trochę dziczyzny. To byli fajne chłopaki. Potem nagle wszyscy znikli. Mieszkańcy mówili, że uciekli na zachód, bo nie chcieli żyć w komunistycznej Polsce.

Pamiętam kościół w Pełczycach. Było tam strasznie. Ruscy zrobili sobie z niego spichlerz. W środku było tyle zboża, że mogłem po nim wchodzić na chór. Potem to zboże skisło i jego część wyrzucono.
Pierwszym księdzem był ks. Łojek. Wcześniej moja siostra Czesława wyszła za mąż za Eugeniusza Kubiaka. To był pierwszy ślub w Przekolnie. Końmi jechaliśmy do Chrapowa, gdzie ślubu udzielił niemiecki ksiądz. To było wiosną 1946 roku. Na weselu grała grupa Rosołowskiego z Bolewic. Było biednie, ale wesoło bawiliśmy się do rana.

Tata z UNR-y dostał konia. Mieliśmy również maszyny rolnicze, siewnik, młocarnię pługi. To było coś! Gospodarka nam się rozwijała. Ziemniaki odwoziliśmy do gorzelni w Jarosławsku, zboże odstawialiśmy do spichlerza w Pełczycach. Chyba latem 1947 roku przyjechało do nas do domu UB i zaczęli nam zabierać maszyny rolnicze. Chcieli abyśmy przeszli do kołchozów. Mówili, że to spółdzielnia produkcyjna - tak się to ładnie nazywało.
My rolnicy nie chcieliśmy do tych kołchozów należeć. Strasznie nas agitowali, zabierali maszyny. Pamiętam jak wracałem z wojska w 1951 roku to moje maszyny stały na terenie spółdzielni w Pełczycach. Stały pod gołym niebem, nikt o nie dbał. Tak to władza ludowa o nie dbała.

Wcześniej jednak odbyły się wybory. Wszędzie była propaganda i wypisywanie haseł "3 razy Tak". Wybory chyba były w marcu. Niestety na nich nie byłem, bo byłem chory. Wszyscy jednak głosowali na PSL i Mikołajczyka. Dzisiaj wiemy, że te wybory zostały sfałszowane.

Jesienią 1947 roku w Przekolnie otworzono szkołę, do której uczęszczaliśmy. Była tylko jedna nauczycielka. Niestety nie pamiętam jej nazwiska. Uczyła nas pisać i czytać. Wszystkich uczyła jednakowo, była tylko jedna klasa. I tak niedługo moje spokojne i w sumie beztroskie życie na nowych ziemiach miało się skończyć.

Na końcu mojej historii dodam, że w 1947 roku wywoziliśmy Niemców do Kostrzyna. Można to nazwać nawet deportacją. Oczywiście zgłosiłem się na ochotnika do konwoju. To była moja mała zemsta. Wcześniej gorzelnie w Przekolnie opuścili Rosjanie. Na reszcie mieliśmy święty spokój. Nie musieliśmy się czuć jako ci gorsi.

Władysław Skonieczny

 

Powrót do strony głównej